Wojna w Ukrainie wygnała ze swoich domów tysiące ludzi. Część z nich nie ma już dokąd wrócić. Ci, którym udało się wyjechać z terenów okupowanych, oswoili się z myślą, że stracili dorobek całego życia. Szukają bezpiecznego miejsca w swojej ojczyźnie, ale też poza jej granicami. W Ukrainie od początku rosyjskiej agresji powstały centra wolontariatu, w których pomoc znajdują dotknięci tym nieszczęściem. W Czemerowcach na Podolu, ksiądz Wasyl Demczyszyn, proboszcz greckokatolickiej parafii, otoczył opieką prawie trzysta rodzin.
Odwiedzamy Zaporoże, miasto otoczone ze wszystkich stron okupantami. Do linii frontu jest niecałe 30 kilometrów. Echa wojny w Ukrainie coraz rzadziej docierają do naszego kraju i nie budzą takich emocji jak na początku rosyjskiej agresji.. A przecież w takich miejscach, jak Zaporoże, ludzie przeżywają już od ponad trzech lat, prawdziwe dramaty. Syreny alarmowe wyją tu przez kilka, a nawet kilkanaście godzin, w ciągu doby. Niemal każdego dnia rakiety i drony atakują cywilne obiekty, niosą śmierć i ból.
Odwiedzamy Puźniki niedaleko Buczacza w obwodzie tarnopolskim, gdzie nasi rodacy mieszkali od wieków. W nocy z 12 na 13 lutego 1945 roku, sotnia Ukraińskiej Powstańczej Armii pod dowództwem Petera Chamczuka, ps. „Bystryj”, napadła na polską wieś. Zginęło prawie 100 osób. Domy zostały spalone. Ofiary pochowano w dwóch zbiorowych mogiłach. Ocaleni wyjechali do Polski i osiedlili się w Niemysłowie na Opolszczyźnie i Ratowicach koło Wrocławia. Przez kilkadziesiąt powojennych lat Puźniki żyły tylko we wspomnieniach dawnych mieszkańców.
W Ceniawie, położonej siedem kilometrów od Kołomyi, Polacy mieszkali od wieków. Ponad 120 lat temu wybudowali we wsi niewielki kościół, który przetrwał do dzisiaj. Lata II wojny światowej były trudne dla naszych rodaków z Ceniawy. Od 1944 roku banderowskie bandy, siały strach i śmierć wśród mieszkańców wsi.
Spotkania wolontariuszy Fundacji Studio Wschód po wakacyjnych akcjach stały się już tradycją. Choć od zakończenia wyprawy do północnego Kazachstanu minęło zaledwie kilka tygodni, niemal wszyscy z radością przybyli do Żychlina w ostatni sierpniowy weekend. Tegoroczny wyjazd wyjątkowo nas zintegrował. Zapewne duży wpływ miało na to nasze nastawienie: jechaliśmy do ciężkiej pracy na
polskich cmentarzach, aby spotykać się z Rodakami, którzy są dla nas przykładem patriotyzmu i przywiązania do polskości mimo trudnej historii i ciężkich warunków życia. Wiedzieliśmy też, że będziemy przebywać w miejscach szczególnie ważnych dla deportowanych przez Stalina w 1936 roku Polaków i ich potomków – między innymi w Oziornoje i na Sopce Wołyńskiej. Chcieliśmy dobrze wykorzystać ten wyjątkowy czas i dobrze wypełnić naszą misję.
Uczestniczyliśmy w Ingresie Edwarda Kawy, nowego biskupa diecezji kamieniecko-podolskiej. Poprzedni ordynariusz bp Leon Dubrawski, pełnił swoja misję ponad dwadzieścia siedem lat. Zintegrował on wokół kościoła tysiące mieszańców Podola. Jego służba przypadła na trudne czasy odradzania się diecezji, po mrocznych latach komunizmu. W Kamieńcu Podolskim nasi rodacy mieszkali już w XIV wieku. To również dzisiaj silny ośrodek polskości i katolicyzmu
Uczestniczyliśmy w obchodach sto piątej rocznicy walk pod Zadwórzem. W pobliżu stacji kolejowej w tej niewielkiej wsi koło Lwowa, 17 sierpnia 1920 roku rozegrała się jedna z najbardziej dramatycznych bitew wojny polsko – bolszewickiej. W ciągu kilku godzin zginęło ponad 300 młodych ludzi, którzy pod dowództwem kapitana Bolesława Zajączkowskiego, stawili opór dziesięciokrotnie silniejszym oddziałom Pierwszej Armii Konnej Siemiona Budionnego. Lwów został ocalony.